To on powinien udowodnić, że mu zależy na małżeństwie i odpokutować swoje grzechy!”. Jeżeli pielęgnujesz w sobie poczucie krzywdy i żywisz bezustannie urazę, to nie ma mowy o możliwości ratowania związku. Trwanie w pozornym małżeństwie, opartym na ciągłych kłótniach i pretensjach, tylko przedłuża cierpienie. 2. Kryzys w małżeństwie z 8-letnim stażem – odpowiada Mgr Patrycja Stajer Kryzys w małżeństwie i myśli o samobójstwie – odpowiada Mgr Patrycja Stajer Kryzys po 11 latach związku – odpowiada Mgr Hanna Markiewicz Marcin Kwaśny jest aktorem znanym z wielu filmów i seriali. W ostatnich latach wystąpił m.in. w “Klanie”, “Listach do M. 3”, “Ojcu Mateuszu” czy “Koronie królów”. W 2008 roku poślubił architektkę Dianę Kołakowską. W ich małżeństwie jednak pojawił się kryzys. Wzbogacona o to doświadczenie spójrz na swojego partnera ponownie. 2. Udawanie. Udajesz, że go słuchasz, kiedy rozprawia o rzeczach, które cię kompletnie nie interesują, puszczasz mimo uszu komentarze, z którymi się nie zgadzasz, ale potakujesz odruchowo. Albo po prostu po raz kolejny cię zawiódł, ale starasz się być ponad to. Nowa inicjatywa w kościele akademickim św. Anny • Pomocą służą Małgorzata i Paweł Świdzińscy - animatorzy Spotkań Małżeńskich oraz ks. Jan Wojciechowski, duchowy opiekun stowarzyszenia • Proponują jedno albo kilka spotkań, aby wspólnie przyjrzeć się gdzie jest problem, poszukać rozwiązania, a w raz Tym razem po 9 miesiącach, ważąc 4 razy więcej niż siostra, wbrew całej logice i radom lekarzy, przyszła na świat nasza druga córka. Ona dopiero wywołała nie lada rewolucję. I wtedy pojawił się w Waszym małżeństwie kryzys… Przez prawie 12 lat małżeństwa nie obyło się bez kłótni, obrażania, walki o swoje. Dzień dobry. Uczestnicze od ponad 2 lat w psychoterapii, początkowo z powodu borderline. Ciężko pracuje i mój terapeuta sądzi, że nie spełniam już kryterium tego zaburzenia. Pracuję nadal nad sobą. Bardzo się zmieniłam i wreszcie po 30 latach czuję się dobrze ze sobą. Niestety oceniam, że mój 18 letni… Mam problem w związku Kryzys w małżeństwie Żaków? Cezary Żak w końcu wyjawia prawdę! Plotki. Wtorek, 28 marca 2017 (08:40) Gwiazdor "Rancza" zwykle oburzał się, jeśli tylko sugerowano mu, że jego Kryzys w małżeństwie po 30 latach. Kryzys w małżeństwie to trudny i bolesny moment, który może wystąpić nawet po wielu latach wspólnego życia. Po… Jeśli okaże się, że samodzielnie trudno poukładać Państwu własne sprawy, zachęcam do spotkania z terapeutą pracującym z parami. Mgr Violetta Ruksza Psycholog , Gdańsk. 82 poziom zaufania. odpowiedź na portalu niewiele pomoże,polecam konsultacje u DOŚWIADCZONEGO TERAPEUTY.pozdrawiam serdecznie Violetta Ruksza. 5ryLBt. Bardzo podoba mi się zdanie powtarzane we wspólnocie trudnych małżeństw Sychar: każde sakramentalne małżeństwo można uratować. Jestem przekonany, że z pomocą łaski jest to możliwe. Na rynku jest wiele poradników dla małżeństw przeżywających najróżniejsze kryzysy. Spełniają one ważną i pożyteczną rolę. Mądre rady, przekute na konkretne czyny, wprowadzane uczciwie i wytrwale w życie, z jednoczesnym wykorzystaniem łask nadprzyrodzonych (sakramentalnych), pomagają podnieść się z najgorszych nawet upadków i konfliktów. Byłem świadkiem wielu naprawdę cudownych odrodzeń małżeństw. Sporo par po kryzysie wzniosło się na znacznie wyższy poziom miłości, jedności, wierności i religijności (i w efekcie – szczęścia), niż było to w czasach sprzed upadku, kiedy „było jeszcze dobrze”. To pociecha dla wszystkich: upadek, na zasadzie odbicia się od dna, może być wykorzystany do wzniesienia się na wyższy (a nawet najwyższy) poziom. Wielu wielkich świętych miało w swym wcześniejszym życiu straszliwe upadki, choćby Święta Maria Magdalena czy Święty Augustyn. Potrzeba pokory Dlaczego jednak małżeństwa niejednokrotnie szukają pomocy dopiero wtedy, gdy przeżywają naprawdę poważny kryzys? Zwłaszcza my, mężczyźni, długo bronimy się przed myślą, że jest po prostu źle. Znacznie łatwiej jest oskarżyć żonę, niż uznać w pokorze swój udział w zaistniałej niedobrej sytuacji: „Ja nie mam problemu, jeżeli ty masz problem, to idź do specjalisty – psychologa, psychiatry, terapeuty”. Takie postawienie sprawy pozwala zachować dobre samopoczucie, a nawet usprawiedliwić własne niedociągnięcia. Mąż widzi problem wyłącznie w żonie: „Jak ma problem, to niech idzie do psychiatry. Przecież ja jestem w porządku”. To typowe wypieranie przez mężczyzn faktu zaistnienia problemu małżeńskiego dość łatwo można wytłumaczyć. Po pierwsze: mężczyźni naprawdę gorzej od kobiet dostrzegają trudne sytuacje w relacjach międzyludzkich (zachowując się jak słoń w sklepie z porcelaną). Po drugie: przyznanie się do faktu zaistnienia takiej sytuacji jest swoistą ujmą na honorze. Skoro mam problem, to znaczy, że sobie nie radzę, nie potrafię go rozwiązać, co ze mnie za mężczyzna? Bezwiednie wypychamy problem ze świadomości, udając przed samymi sobą, że wszystko jest w porządku. Trudno nam się przyznać do własnej niedoskonałości. Boimy się, że wyjdzie na to, że: albo jestem głupi i nie wiem, co dobre, albo nie potrafię sobie poradzić z wprowadzeniem w życie tego, o czym wiem, że jest dobre. W każdą stronę źle: albo niedostatki w rozumie, albo w umiejętnościach lub w słabości woli. Nie, na to nie można sobie pozwolić. To żona ma problem… Niestety, nierzadko dziś i kobietom brak pokory, żeby udać się po pomoc w celu naprawiania małżeństwa. Za to nie brak doradców podpowiadających jej: „nie daj się dziadowi, dowal mu, rozwiedź się, co się będziesz męczyć, załatw sobie wysokie alimenty i żyj jak pączek w maśle… na jego koszt”. Niestety, udało się osiągnąć niespotykane w historii zbuntowanie kobiet przeciwko mężczyznom. Szkoda! Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że obie strony mają w tym swój udział. Tak czy inaczej, małżonkowie przeżywający kryzys powinni pokornie szukać pomocy ludzi kompetentnych i jednocześnie dobrych i życzliwych oraz wyznających ten sam system wartości (oby Boży). Mówiąc wprost – radzę katolikom korzystać z pomocy doradców będących katolikami wierzącymi i praktykującymi. Ważnym elementem uwiarygadniającym jest ład osobisty w życiu doradcy. Nie radzę szukać pomocy u terapeuty, który „zna życie, bo sam miał już kilka żon (czy mężów)”. Często tacy „pomagacze” pochopnie doradzają rozwód jako rozwiązanie problemów. Bardzo podoba mi się zdanie powtarzane we wspólnocie trudnych małżeństw Sychar: każde sakramentalne małżeństwo można uratować. Jestem przekonany, że z pomocą łaski jest to możliwe. Jak zapobiegać kryzysom? Nie neguję potrzeby pomagania małżeństwom w kryzysie, jednak chciałbym pochylić się nad problemem, co robić, by do kryzysu nie doszło. W myśl strażackiego hasła: „lepiej zapobiegać niż gasić”. Aby poważnie potraktować temat, trzeba najpierw postawić diagnozę, dlaczego dochodzi do kryzysów w małżeństwach. Nie sposób oczywiście opisać wszystkich przyczyn, ale pewne ważniejsze i często występujące warto chociaż wymienić. Ostatecznie o życiu człowieka wierzącego decydują trzy czynniki: rozum, wola i łaska. Odrzucający Boga na własne życzenie rezygnuje z darmowej łaski. Szkoda. Rozum ma pomóc rozpoznać, co jest dla człowieka dobre i pożyteczne (tu, na ziemi, i z punktu widzenia wieczności), wola umożliwia realizację dobrego, nawet trudnego planu życia, a łaska wspiera tam, gdzie sił ludzkich najzwyczajniej nie starcza. Od razu muszę dodać, że doświadczenie ponad 30 lat działalności w poradnictwie rodzinnym pokazuje jednoznacznie, że ci, którzy naprawdę trzymają się Boga, Jego przykazań, modlitwy (zwłaszcza wspólnej, małżeńskiej), praktyk religijnych oraz sakramentów po prostu do poważnych kryzysów nigdy nie dochodzą. Owszem, miewają najróżniejsze trudności, lecz zazwyczaj pokonywanie ich jeszcze bardziej cementuje ich małżeńską więź. Jednoznacznie jest to opisane w przypowieści o domu na skale. Gdy dom zbudowany jest na skale, to co prawda uderzą w niego wichry i nawałnice, ale dom się ostoi, bo na skale jest zbudowany (por. Mt 7,24-27). W innym miejscu czytamy: skałą jest Chrystus (por. 1 Kor 10,4). Gdy małżeństwo przeżywa kryzys, zwykle poprzedzony oddaleniem się od Boga i Jego przykazań, to naprawa jest istotnie uzależniona od powrotu do Boga. Spowiedź, wspólna modlitwa, pełne uczestnictwo we Mszy św. (Komunia Święta) działają nieraz jak cudowny balsam na rany małżonków. Im bardziej „przytulą się” oboje do Pana Boga na etapie naprawiania swego małżeństwa, tym szybciej i pewniej powstają z upadku. Zaznaczam, że powyższe stwierdzenia nie są pochodną mojej pobożności, lecz w oczywisty sposób wynikają one z praktyki życiowej. Podstawą do takiego twierdzenia są rozmowy w poradni małżeńskiej z tysiącami małżeństw przeżywającymi najróżniejsze kryzysy. Oczywiście zwykłe dbanie o piękną codzienność małżeństwa także skutecznie chroni przed kryzysami. Przyczyny kryzysów Przejdźmy do bardziej szczegółowej diagnozy. Co, poza odejściem od Boga i przykazań, jest najczęstszą przyczyną kryzysów małżeńskich? Po pierwsze: fałszywa (lub skrajnie niezgodna) wizja miłości małżeńskiej i kształtu rodziny u obojga małżonków. Po drugie: niedojrzałość uniemożliwiająca budowę głębokiej miłości opartej na altruizmie. Dalej: nieświadomość różnic pomiędzy kobietą i mężczyzną, będąca podstawą nieporozumień i rozlicznych pretensji, łącznie z oskarżaniem o złą wolę. Kolejno trzeba by wyliczyć sferę seksualności, w której oczekiwania i wyobrażenia obojga są często nie do pogodzenia. Wniesione w małżeństwo wcześniejsze doświadczenia seksualne, korzystanie z pornografii, samogwałt, antykoncepcja czy nawet aborcja, a w końcu zdrady małżeńskie powodują trudno gojące się rany i są poważnym zagrożeniem dla miłości małżeńskiej. Dalszą przyczyną trudności w małżeństwie jest zaniedbanie troski o to, by małżonkowi ze mną było… po prostu dobrze, miło i przyjemnie. Troska ta na etapie zakochania, imponowania sobie i zdobywania przychodzi naturalnie, niejako bez wysiłku. Kiedy jednak zaczyna się proza życia, gdy przychodzi zmęczenie, niewyspanie, stresy, zwykła codzienność, wówczas łatwo jest zaniedbać troskę o dobre samopoczucie współmałżonka. Chodzi tu także o dowartościowanie żony w jej kobiecości, a więc docenienie piękna i dobra, które rozsiewa wokół siebie swoją działalnością. Kobieta wtedy czuje się kochana i to jest dla niej najważniejsze. Mężczyzna z kolei pragnie być doceniony za swoją mądrość, sprawność, odpowiedzialność, za trud wkładany w zabezpieczenie materialne (oby nie tylko) życia rodziny. Pragnie czuć się ważny, potrzebny i szanowany. Problem potęguje sytuacja, gdy mężczyzna nie czuje się w małżeństwie najlepiej i w „odwecie” traktuje żonę coraz gorzej. Analogicznie niezadowolona żona traktuje coraz gorzej męża. Niewidoczna spirala coraz gorszego wzajemnego traktowania się małżonków dotyka wiele małżeństw. Osobnym, bardzo bolesnym problemem jest nieżyczliwe traktowanie rodziny współmałżonka, zwłaszcza mamy, z którą więzi emocjonalne są zwykle najsilniejsze. Złe relacje z teściami potrafią zniszczyć najlepiej zapowiadające się małżeństwo. Niezależnie od tego, czy teściowa postępuje wzorowo, czy jest (a bywa i tak) nieznośna, należy się jej życzliwość choćby z tytułu tego, że wspólnie z mężem i – Bogiem przekazała życie naszemu współmałżonkowi. I wreszcie ostatnie źródło kryzysów to nieumiejętność komunikacji. Wiele par nie potrafi prowadzić rozmowy, która buduje więź i która nie jest koncertem życzeń oraz wzajemnych pretensji i wypominań, ale życzliwym wsłuchiwaniem się w problemy współmałżonka i próbą zaradzenia im. Dobra, życzliwa rozmowa jest praktycznie najsilniejszym narzędziem służącym zarówno budowie pięknej więzi małżeńskiej, jak i odbudowie jej w przypadku kryzysu. Wymienione treści są bardzo istotne. Ważne jest, by nie zaczynać od słów, obietnic i zapewnień, lecz od konkretnych czynów. W słowa można nie wierzyć (zwłaszcza po wielu zawodach), jednak czyny przemawiają. Jeśli będą wypełniane z miłością i wytrwale, bez zniechęcenia, to zawsze przyniosą efekty. I to efekty podwójne. Osoba „atakowana” dobrymi czynami, prędzej czy później, musi uznać ich prawdziwość, wymowę. Oczywiście, przy silnym zranieniu ten proces jest długi. Drugim efektem (nie mniej ważnym) jest przemiana osoby, która dobrze czyni. W dziele Osoba i czyn Karol Wojtyła pisze, że czyny dobre przechodzą na sprawcę, że czyny zewnętrzne się uwewnętrzniają. Ten, kto czyni dobro, staje się zawsze lepszym człowiekiem przez swoje działania. Osiągnięta choćby minimalna poprawa relacji małżeńskiej powinna być z radością przyjęta. Daje ona bowiem iskierkę nadziei na to, że jeszcze nie wszystko stracone, że jeszcze wszystko da się naprawić. Drobny nawet sukces uskrzydla i jeżeli skrzydeł sobie nawzajem małżonkowie nie będą podcinać, to ten malutki sukces może być początkiem prawdziwej przemiany. O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie! Wyczytałam gdzieś, że powinien nas dopaść po siedmiu latach bycia razem, nie wiem jednak, czy powinnam była liczyć ten czas od momentu, w którym powiedzieliśmy sobie sakramentalne "tak", czy też od pierwszej randki. Bo nie mieliśmy na niego czasu? Bo wieczory wypełniało nam kołysanie do snu, dni - godzenie nauki, pracy i dalszego kołysania, tym razem do popołudniowej drzemki, a jednocześnie życie oszczędziło nam dramatycznych wydarzeń i sytuacji bez wyjścia?... Małżeński kryzys. Nie kłótnia o nieodkładanie rzeczy na swoje miejsce. Nie dyskusje na temat tego, kto ostatnio zmywał naczynia albo w jaki sposób spędzić urlop, skoro jedno chce w góry, a drugie nad morze. Prawdziwy kryzys z prawdziwymi wątpliwościami, trudnymi pytaniami jeszcze trudniejszymi odpowiedziami. Nie wiem, dlaczego nas ominął. Nie wiem, czy jest jeszcze przed nami, bo choć za kilka dni będziemy świętować trzynastą rocznicę ślubu, wierzę że przed nami jeszcze dużo wspólnego czasu, śmiechu, kłótni i okazji do tego, by się godzić. Przeczytaj też: Z mężem jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi >> Zastanawiałam się ostatnio, jaki jest przepis na udany związek (a w udanym związku też mogą zdarzać się kryzysy - to od razu jasno zaznaczam). Odpowiedzi na to pytanie starają się udzielić przeróżne poradniki i kursy. Dla mnie jest ona prosta, bo zawiera się w sumie w trzech wyrazach: miłość, przyjaźń i dojrzałość. Miłość oznacza, że chcę czyjegoś dobra, nawet wtedy gdy mnie wkurza, bo nie słucha kiedy opowiadam dłuuugą historię o trudnym dniu w pracy. Miłość oznacza, że jestem gotowa do poświęceń - i nie mówię tu wcale o wielkich deklaracjach i gotowości oddania życia, jeśli ktoś zagrozi mi jego odebraniem. Mówię o rzeczach codziennych i bardzo prostych: o zrobieniu jego ulubionej kawy w moim ulubionym kubku z niebieską stokrotką. O powstrzymaniu się od marudzenia, gdy wymyśli sobie wyjazd na koncert punkrockowej kapeli właśnie wtedy, gdy planowałam wypełnianie planu pięcioletniego pod tytułem "cała rodzina sprząta chałupę". O dawaniu wolności i przyjmowaniu tego, w czym się różnimy. Bo to są drobiazgi, a nas łączy dużo więcej. Wspólna codzienność nie byłaby też łatwa, gdybyśmy nie byli przyjaciółmi. To przyjaźń sprawia, że lubimy spędzać razem czas. To na ramieniu najlepszego przyjaciela wypłakuję się w chwilach, gdy cały świat mnie nie rozumie i cały świat jest bez sensu. W przeciwny sposób - dzięki temu cały świat przestaje mieć znaczenie. Ale przyjaźń to nie tylko wzruszające chwile i piękne słowa. To również trudności, które pokonujemy wspólnie, jako jedna drużyna. To szczerość, dzięki której możemy ponarzekać i na problemy, i na siebie nawzajem. I poczucie humoru, czyli coś, co ratuje nas niekiedy w sytuacjach, gdy jesteśmy o krok od małżeńskiego dramatu. Fajnie jest wtedy pośmiać się ze sobą i z siebie nawzajem. Fajnie jest złapać odpowiedni dystans. Miłość i przyjaźń to jednak za mało, by zbudować związek, w którym mimo niedających się uniknąć tarć, sprzeczek i konfliktów, obie strony będą szczęśliwe i spełnione. Potrzebna jest jeszcze dojrzałość, czyli umiejętność brania odpowiedzialności za swoje decyzje. Ba! - umiejętność podejmowania decyzji w ogóle. Mam wrażenie, że to sztuka, która staje się coraz trudniejsza, bo łatwiej żyć w wiecznym zawieszeniu, czekać aż życie samo się ułoży, aż ktoś zdecyduje za mnie. Może właśnie dlatego na ślubnym kobiercu stajemy w coraz późniejszym wieku, a termin "późne macierzyństwo" oznacza coś zupełnie innego niż 20 lat temu? W opublikowanym na blogu niedawno wywiadzie z Magdaleną Misztak-Hola padły słowa o tym, że mężczyzna żeni się nie tylko z taką kobietą, jaką widzi: z blondynką, brunetką, chudą czy przy kości. Mężczyzna żeni się też z jej... cyklem. Niektórych to wyrażenie może dziwić, inni mogą się z nim nie zgadzać. Dla mnie jest bardzo trafne, nie tylko zresztą w kontekście stosowania naturalnych metod planowania rodziny. Mój mąż ożenił się ze mną taką, jaka jestem, wliczając w to również wynikające z mojej fizjologii zmiany samopoczucia. Poślubiając siebie, poślubiliśmy jednocześnie nasze historie rodzinne, doświadczenia, zranienia i trudności. Poślubiliśmy też nasze marzenia, tak niekiedy różne, a tak ważne... Wiem, że zabrzmi to jak najbardziej banalny banał na świecie, ale to właśnie nasze marzenia i pragnienia sprawiają, że życie nabiera smaku. Z części tych marzeń w naturalny sposób trzeba zrezygnować, ale niektóre można próbować spełniać. Można dawać do tego przestrzeń mężowi czy żonie, pomagając im w realizacji tego, o czym zawsze marzyli, a co sprawia, że aż błyszczą im się oczy, gdy o tym mówią. A potem doświadczać radości, która jest jedyna w swoim rodzaju - gdy patrzy się na kogoś, kogo się kocha, i widzi się jego szczęście (nawet jeśli nie zawsze się to szczęście rozumie). O prawdziwych małżeńskich kryzysach wiem niewiele. Absolutnie nie czuję się uprawniona do tego, by na ich temat pisać. Moje dzisiejsze refleksje to raczej owoc wdzięczności i zachwytu tym, w jaki sposób Pan Bóg prowadził nas przez trudności i wyzwania. Nie wiem, w jaki sposób On to robi, ale robi to dobrze! Dla tych, których doświadczają trudności w swoich związkach, nie mam żadnych złotych rad ani gotowych recept. U nas sprawdza się właśnie ten przepis: miłość, przyjaźń, dojrzałość. Dwóm pierwszym można stwarzać w codzienności odpowiedni klimat, by mogły się rozwijać. Z ostatnim może być większy problem, bo dojrzałość to cel, który w pewnym sensie zawsze jest przed nami. O ile tylko chcemy uczyć się na swoich błędach, rozwijać i wzrastać, mamy na to szansę. Tyle że zawsze dotyczy to nas, a nie drugiej osoby (w której zdarza nam się widzieć więcej błędów czy przestrzeni do rozwoju i wzrostu niż u nas...). Pojawiające się czasem w sprzeczkach: "bo Ty zawsze...", "bo Ty nigdy..." można więc starać się zamieniać na pytanie o to, na mnie nigdy albo zawsze działa jak płachta na byka lub dotyka dawnych zranień. W ten sposób można małymi krokami lepiej poznawać siebie i swoje potrzeby, lepiej rozumieć swoje zachowanie i mieć dzięki temu więcej cierpliwości - najpierw dla siebie, a potem też dla tego, co w mężu jest zawsze, nigdy lub zazwyczaj nie w porę. Kto wie, może to również droga, która prowadzi do umocnienia miłości i przyjaźni. Jeden plus jeden równa się dwa - tyle mówi matematyka. W matematyce wszystko jest proste (choć dla niektórych, jak dla mnie niewiele jest zrozumiałe). W życiu bywa inaczej. U nas po kilku latach z liczby dwa zrobiło się dwa do potęgi drugiej. Znam pary, u których po jakimś czasie wyniku 1+1 zrobiło się...zero. I nie ma na to prostej rady ani drogi, która bez zakrętów i wybojów doprowadzi do celu. Wierzę jednak, że małżeństwo to nie coś, co nam się przytrafia - to nasz kawałek poletka, na którym zasiewamy to, co dobre i to, co w nas słabe. To nasz wspólny wysiłek, starania i odpowiedzialność. I wspólna radość, gdy pomimo chwastów, które zawsze się zdarzają, możemy widzieć jak kiełkuje, rozkwita i owocuje dobro. Wpis ukazał się pierwotnie na blogu chrześcijańskiej mamy Majki Moller - aktywnej zawodowo mamy dwójki dzieci, dentystki i magister psychologii. Od lat zakochanej w swoim mężu, od zawsze i z wzajemnością - w życiu i górach. Współautorki książki "Ile lat ma Twoja dusza?" Kryzys wieku średniego męża dotyka mnie od roku. Najpierw wczesną wiosną 2013r. oddalenie emocjonalne, fizyczne, pójście męża w alkohol. Moje co miesiąc, dwa spokojne zdania "Widzę, ze się oddalasz, boli mnie to, pijesz za dużo". I nic. Odbijanie się. Pod koniec września jego "Coś się wypaliło, ten związek w tej formule się wypalił". Na moje kilkakrotne, czy mnie nie kocha "Jeśli chcesz tak to rozumieć, to tak". Świat mi się zawalił, wywaliłam go z domu. Nie było go 6 tygodni. Po dwóch tygodniach jego „Kocham Cię. Wiem to na pewno. Widać musiałem się wyprowadzić, żeby to zrozumieć”. Byłam nieufna. Moje „Nie chcę żyć z alkoholikiem”. Potem przestał pić, poszedł do psychologa w Poradni AA. Wrócił do domu, choć jakoś mało chętnie. Jakieś jego „Nie znam innej miłości.” „Nie wiem”. Po dwóch tygodniach w domu jego „Jednak jest oddalenie.”. Potem po kilku dniach „ Nie kocham Cię. Mam ogromne wyrzuty sumienia. Okłamałem Cię, że Cię kocham, bo balem się samotności”. Takie dawkowanie mi rewelacji. I nie miałam już siły na męskie decyzje i rozwalenie ponad 20 lat życia. Od listopada do połowy stycznia moje miotanie się. Od „Nie zostawiaj mnie. Pokochaj mnie” do „Wyprowadź się”. Z częstotliwością co kilka dni lub godzin. I nasz chory taniec. Ja – chcąca go zdusić i zamknąć w klatce, co rodziło jego ogromną chęć ucieczki. Ale kiedy we mnie pękało „Wyprowadź się”, to jego zamyślenia, zastanowienia i „budujmy”. Teraz, mam wrażenie, że trochę się uspokoiłam. Wiem, ze mnie nie kocha miłością romantyczną. Ale czy to jest powód do rozwalania małżeństwa i rodziny po ponad 20 latach? Dzieci pełnoletnie, choć nie samodzielne. Obecnie jest miedzy nami serdeczność, przytulamy się w nocy. On mówi, że nikogo nie ma. Ale nie ma seksu, nawet mnie nie chce calować. Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Co nam się uda zbudować? I na jakich uczuciach? U mnie się niestety nie wypaliło. Ja nadal kocham, w sposób spokojny i dojrzały. Jeszcze trzy lata temu oboje mówiliśmy, że wzloty i upadki miedzy nami się skończyły, że toksyczność się skończyła. Że seks trochę siadł, że trochę zrobiło się nudno, ale po prawie 20 latach i koło 50 to normalne. I że jest z tym nam dobrze. A okazało się, że mnie było dobrze. A jemu widać zaczynało się powolutku wypalać. Przechodziłam, już dzisiaj trochę mniej, jego oskarżanie mnie o pierwszą, drugą i trzecią wojnę światową. I taki brak odpowiedzialności, że coś się podziało poza nim. Ja ustawiam się w pozycji trwania. Jestem żoną, matką, tutaj jest mój dom i moje życie. Choć obecnie bardzo trudne. Moje poczucie wartości jest zerowe. Nie mam pracy, za to mam za dużo czasu na rozmyślania i czarnowidztwo. Strach przed życiem, przed samotnością i samodzielnością. A mój mąż? Stara się, widzę to. Zachowuje się pozornie lepiej, niż przez ponad 20 lat naszego małżeństwa. Paradoks, właśnie wtedy, kiedy skończyła się miłość? Ale nie dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami, tym co dzieje się u psychologa. Mówi, ze jesteśmy małżeństwem w kryzysie. Daje do zrozumienia, że mnie nie kocha. Żyję w zawieszeniu, na krawędzi. Nic ode mnie nie zależy. Czuję, że mąż zastanawia się, czy dalej żyć w bezpiecznej rodzinie bez romantycznej miłości, czy zaryzykować i poszukać „nowej, jedynej, prawdziwej miłości”? Bo jak nie teraz, to kiedy? Bardzo jest mi trudno. Czy mąż może mnie pokochać na nowo? Fot: kmiragaya / Kryzys małżeński to sytuacja, której wszystkie pary pragną uniknąć, lecz większość prędzej czy później go doświadcza. Załamanie relacji często staje się przyczyną rozpadu związku. Kryzys może jednak zostać twórczo wykorzystany i scementować małżeństwo. Kryzysy zdarzają się nawet w najlepszych związkach. Warto traktować je jako naturalną część życia we dwoje i być przygotowanym na to, że pewnego dnia nasze relacje mogą wymagać naprawy. Im wcześniej zareagujemy na pierwsze objawy kryzysu, tym łatwiej będzie go zwalczyć i tym mniej spustoszeń zdąży uczynić w związku. I tak jak skuteczna terapia wymaga ustalenia przyczyn choroby, do uleczenia relacji konieczna jest świadomość, co wywołało ich załamanie. Powody na różnych etapach wspólnego życia bywają rozmaite, ale ich zrozumienie jest zwykle pierwszym krokiem do przezwyciężenia kryzysu w małżeństwie. Kryzys małżeński i jego najczęstsze przyczyny Kryzys małżeński pojawia się, wówczas gdy potrzeby i oczekiwania partnerów zaczynają się rozmijać. Zwykle dzieje się tak w przełomowych okresach związku, a także za sprawą szczególnie ważnych wydarzeń. Nieuniknione chwile załamań są wpisane w zwykły porządek życia. Przyczyną kryzysu może stać się wzajemne wprowadzenie małżonków do ich rodzin. Często wiąże się to ze starciem odmiennych wartości, tradycji, nawyków, z koniecznością pogodzenia lojalności wobec partnera z miłością do rodziców, co nie zawsze okazuje się łatwe. Wielkim przełomem w małżeństwie są narodziny dziecka. Wówczas partnerzy muszą odnaleźć się w zupełnie nowych rolach, co niejednokrotnie utrudnia im funkcjonowanie w dotychczasowych - męża i żony. Na relacje małżonków mogą mieć wpływ także kolejne etapy rozwoju potomstwa. Szczególnie trudnym momentem jest ten, w którym zaczyna ono samodzielne życie, zostawiając tzw. puste gniazdo. Wówczas para małżeńska musi odnaleźć się w nowej codzienności, której osią nie są już bieżące sprawy dzieci. Zobacz także: Jak pokonać kryzys w związku partnerskim? Kryzys w małżeństwie może nastąpić na skutek utraty pracy przez jednego z małżonków albo przeciwnie - w przypadku jego awansu na wyższe stanowisko. Sytuacje konfliktowe stanowią też remonty, przeprowadzki, problemy finansowe, choroby, traumatyczne przeżycia, śmierć bliskich osób. Szczególnym powodem kryzysu małżeńskiego jest zdrada, choć częściej stanowi ona skutek niż przyczynę załamania relacji między partnerami. Jak pokonać kryzys w małżeństwie? Przechodząc kryzys małżeński, często zapominamy, co stało się jego powodem, zbyt mocno zajęci własnym bólem, rozczarowaniem i obwinianiem partnera. Tymczasem wspólne pochylenie się nad źródłem problemu często jest najskuteczniejszym sposobem na jego rozwiązanie. Dlatego tak ważne jest w kryzysie rozumienie jego podstaw oraz oddzielanie emocji od celów, które należy wytyczyć, by poprawić stan małżeńskich relacji. Szansą na wyjście z niejednego kryzysu jest rozwiązanie obiektywnych problemów, takich jak wspólne mieszkanie z rodzicami czy niesatysfakcjonujący podział domowych obowiązków. W takich sytuacjach remedium stanowią zwykle szczere rozmowy, w których partnerzy nie oceniają się nawzajem, a mówią jedynie o swoich potrzebach i uczuciach. To pozwala na poszukiwanie rozwiązań korzystnych dla obu stron. Kryzys małżeński a zmiana zachowań Co jednak z kryzysem, na którego źródło nie ma się wpływu lub w ogóle nie można go już dokładnie ustalić? Co gdy małżeństwo niszczy rutyna, zapiekłe żale czy brak porozumienia w najprostszych, codziennych sprawach? Próba nawiązania dialogu o tym, co bolesne i trudne, może tylko pogorszyć sytuację - nie prowadząc do konstruktywnych wniosków i wywołując niepotrzebne emocje. Znacznie lepszym sposobem na kryzys małżeński jest wówczas radykalna zmiana zachowań. Najlepiej obojga partnerów, ale nawet jeśli tylko jedna ze stron jest zdeterminowana, by ratować związek, może tego dokonać swoją przemianą, która z pewnością z czasem zainspiruje współmałżonka. Celem owych działań jest wprowadzenie w relację atmosfery ciepła i miłości przez codzienne, drobne gesty. Tylko w takich warunkach można bowiem odbudować zaufanie, cierpliwość, ochotę do rozmowy, która będzie kolejnym krokiem w przezwyciężaniu kryzysu. Zobacz także: Przebieg terapii małżeńskiej - kiedy pójść i kogo wybrać? Częstym błędem skonfliktowanych małżonków jest oczekiwanie, że problem rozwiąże zmiana zachowań drugiej osoby. Przedstawiona powyżej myśl, że w walce z kryzysem warto zacząć od siebie, ma głęboki sens. Przyczyny nieporozumień czy oddalenia partnerów od siebie zwykle tkwią w postawach każdego z nich. Dlatego, zamiast czekać bezczynnie na aktywność drugiej strony, oboje powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, co mogą uczynić dla dobra małżeństwa. Działania w imię ratowania związku często są dobroczynne nie tylko dla współmałżonka, ale i dla osoby, która zdecyduje się je podjąć. Próba pokonania kryzysu może bowiem oznaczać wyjście choć na chwilę z roli matki, by w wieczorowej sukni podjąć partnera kolacją przy świecach, albo rezygnację z nadgodzin, by zaprosić ukochaną do kina na film jej ulubionego reżysera. Przepis na małżeństwo w kryzysie Niezależnie od przyczyn kryzysu czy stażu małżeństwa (kryzys małżeński po 20 latach związku nie różni się przecież w swej istocie od tego, który zdarza się po roku), skutecznym lekarstwem na rozluźnienie więzi jest budowanie jej na nowo. Wymaga to często od małżonków opanowania niełatwej sztuki wybaczania. Jeśli jednak zdołają oni choć przez chwilę nie wracać do przeszłości i spróbują odnaleźć radość we wspólnym działaniu (na przykład wspólnym uprawianiu sportu) czy wymianie poglądów na interesujące ich tematy, mają szansę znów poczuć, dlaczego niegdyś wybrali siebie nawzajem. Zobacz film: Seksoholizm a relacje z partnerem. Źródło: Dzień Dobry TVN